wtorek, 7 kwietnia 2020

Nawet

nawet w obliczu śmierci i katastrofy ekonomicznej całego świata czytam:

Jak wspaniale jest nienawidzić tych którzy nie myślą tak jak ja!
Jak przyjemnie jest gardzić tymi, którzy błądzą i są głupcami!
Ile przyjemności sprawiają memy i żarty z tych, których idee są dla nas nie do przyjęcia!
Moje myśli są słuszne i każdy powinien je poznać!

sobota, 28 marca 2020

Nad dachami Szamotuł

Miałem piękny sen (z 27 na 28 marca 2020), ale nim go opiszę kilka słów wprowadzenia.
Od dziecka co pewien czas mam sny w których latam. Jednak nie od razu latałem. Pierwsze sny w dzieciństwie jakie miałem w tym temacie najczęściej sprowadzały się do tego, że siadałem na parapecie na 3 piętrze w bloku, w którym mieszkaliśmy (w Skoczowie, na osiedlu Górny Bór) i swobodnie zeskakiwałem na dół. Byłem pewien, że nic mi się nie stanie. Bo zawsze delikatnie opadałem i bez problemu na zgiętych kolanach amortyzowałem zeskok nawet z 3 piętra czy dachu bloku mieszkalnego. Starałem się wtedy wszystkimi siłami wzbić się z powrotem do góry ale mi to nie wychodziło. Potem mając kilkanaście lat w snach już zeskakując z dachów domów udawało mi się lotem ślizgowym jak szybowiec przelecieć nad ulicą czy kilkoma domami. Wzbijanie się do góry powoli się udawało jednak wymagało bardzo wiele wysiłku. Później mając lat dwadzieściakilka udawało mi się jednak nadal z wysiłkiem już wzbijać się od ziemi i dolecieć do gzymsów budynków by usiąść na nich niczym gołąb. Z biegiem czasu latanie wychodziło coraz lepiej. Nawet byłem w stanie wzbić się dość wysoko ponad góry i miasta i szybować niczym jastrząb. Ale to latanie ciągle wymagało wysiłku. I teraz wracam do dzisiejszego snu.

Śniło mi się, że się znalazłem w Szamotułach – mieście w którym się urodziłem i które opuściłem gdy miałem 3,5 roku. Pomimo, że moi rodzice wyprowadzili się z Szamotuł gdy byłem małym dzieckiem to niezwykle szczegółowo pamiętam wiele zdarzeń i miejsc, które pozostały w pamięci. Zwłaszcza wszystkie te które działy się gdy na niezliczone spacery zabierał mnie pradziadek Antoni Słomiński. Szamotuły to dla mnie taka mityczna dziecięca kraina szczęśliwości do której mnie ciągnie. Wracając do snu. Śniło mi się, że znalazłem się w tych Szamotułach i szedłem ulicą od dworca w stronę centrum. Po prawej był bank w którym na poddaszu mieszkał mój dziadek. Lekko podskoczyłem na chodniku i niezwykle łatwo odbiłem się i wzniosłem do góry. Zdałem sobie sprawę, że latanie nie sprawia mi już żadnego wysiłku. Niezwykłe to było odkrycie. Żadnego wysiłku by wznieść się i latać! Czasami gdy starałem się sam włożyć jakiś wysiłek by się wznieść to wtedy miałem problemy z lotem. Jednym słowem najlepszy efekt dawało gdy odpuszczałem wszelki wysiłek i wtedy w zasadzie wyłącznie siłą własnej myśli mogłem lecieć gdzie chcę i na jakiej wysokości chcę. Było to fascynujące przeżycie. Była wiosna. Pamiętam, że zachwycałem się liśćmi na starych drzewach, że świeciło słońce. W końcu doleciałem koło kościoła pw. Świętego Krzyża. Zobaczyłem nagle dziwną rzecz, której nigdy w Szamotułach nie było. Na lewo od ulicy Ratuszowej od kościoła pw. Świętego Krzyża aż do ulicy Kapłańskiej i Parku Sobieskiego był wielki park ze starymi drzewami rosnącymi w szpalerach. Przepiękny wielki niczym pałacowy park, z zadbanymi ścieżkami do spacerowania i ławkami do siedzenia. Zatrzymałem się w tym parku. Patrzyłem w słońce przez młode wiosenne liście drzew. Latałem między konarami tych drzew i zaglądałem ptakom do gniazd. W niektórych gniazdach ptaki siedziały już na jajkach. Na jednym drzewie zobaczyłem dość dziwną scenę, zobaczyłem siedzące naprzeciw siebie ptaki z pięciu różnych gatunków, które intensywnie ze sobą rozmawiały i zupełnie na mnie nie zwracały uwagę, że mój nos jest zaledwie kilkanaście centymetrów od nich. Potem postanowiłem wylecieć z parku i polecieć w stronę Rynku i ulicy Wronieckiej (przy której mieszkałem w dzieciństwie). Zauważyłem, że na moje latanie nad ulicą zwracają uwagę głównie dzieci. I jeden chłopczyk się do mnie przyłączył i usiadł na gzymsie poczty, gdzie znalazł jakieś dziwne stwory fantastyczne. Było to dość zabawne. Spojrzałem w dół na ulicę i zobaczyłem, że tłum ludzi idzie w stronę rynku. Zleciałem w ich stronę i wtedy zobaczyłem kobietę, którą miałem wrażenie znam doskonale ale nie wiem kim jest. Ona mnie rozpoznała i powiedziała jak się nazywam. Powiedziałem jej, że lecę do miejsca gdzie się urodziłem i gdzie mieszkałem na ulicę Świerczewskiego. Ciągnęło mnie tam jak magnes. Wzbiłem się swobodnie nad rynek w słońcu i …obudziłem się.

Swoboda latania bez wysiłku jest piękna :)

Foto: Strych przy mieszkaniu dziadków, na poddaszu banku przy ul.Dworcowej, chyba zrobiłem to zdjęcie w 1985 roku


środa, 18 marca 2020

poniedziałek, 17 lutego 2020

Jeśli już być zapamiętanym...

Po mojej śmierci nie chciałbym by wspominano i zapamiętano mnie tylko z powodu tego co zrobiłem, co napisałem, co osiągnąłem. Dla wielu jest to miara sensu życia. Dla mnie nie jest. Dlatego nie chciałbym bym został zmierzony na podstawie tego ile książek napisałem, ile wykładów zrobiłem, jaką pracę wykonałem. Nie chcę by o tym mówiono. Bo to wszystko wynikało z determinacji na którą składało się wiele czynników. Kraj urodzenia, miejsce zamieszkania, religia którą we mnie wpojono, edukacja oraz ludzie którzy mieli na mnie wpływ. W życiu podejmowałem decyzje, które w większości wynikały właśnie z tych determinantów. Strach nabyty w wyniku edukacji religijnej najczęściej mnie dusił i nie pozwalał na śmiały i mądry rozwój. Gdybym urodził się w Indiach i wyznawał hinduizm, znałbym swoje miejsce w określonej kaście i pewnie żyłbym zgodnie z hinduskimi determinantami. Gdybym urodził się w wiejskiej rodzinie gdzieś w Karpatach pewnie byłbym pasterzem owiec zgodnie z rolniczymi determinantami. Więc, mi osobiście wydaje się, że nie ma dla mnie znaczenia co zrobiłem w swoim życiu i co osiągnąłem. Bo gdybym się poddusił przy porodzie i miał potem mózgowe porażenie dziecięce to nie napisałbym takich książek jakie mi się udało napisać i nie byłbym wstanie oprowadzać setki ludzi. Robiłbym wtedy coś innego. Każdy robi to na co ma siły i możliwości w życiu. Dlatego nie chcę być zapamiętany z powodu tego co osiągnąłem, co zdobyłem, ile ludzi było na moich wykładach i spektaklach w teatrze. Jeśli miałbym być zapamiętany to z innych powodów. Nie jestem łatwym człowiekiem. Wiem, że mam dość paskudny charakter i słowo „lęk” towarzyszy mi całe życie. Chciałbym być zapamiętany jako ten, któremu czasami udaje się przełamać lęki. Udaje się przełamać i pracować nad objawami somatycznymi lęków i depresji. Ten, który po osiągnięciu czegoś i nagromadzeniu umiał się od tego uwolnić. Ten, który nie przyjmował ślepo wiary i przekonań oraz idei tylko drążył i zadawał niewygodne pytania. Z wielu ciężarów nie mam jeszcze sił się uwolnić i zostawić je. Ale mam nadzieję, że z biegiem czasu będę człowiekiem z coraz mniejszą ilością lęków oraz będę wolny od rzeczy, które mnie na różnym poziomie wiążą i zniewalają. Jeśli innym moje istnienie spowodowało zmniejszenie ich cierpienia to właśnie, to będzie moje największe osiągnięcie. Jeśli moje istnienie było dla kogoś bólem, to pozostaje mi przeprosić i powiedzieć, że to za pewne z powodu mojej głupoty i lęków, z którymi staram się dzień po dniu sobie radzić.

środa, 11 grudnia 2019

Nie dam się pokroić za to co wiem dziś

Wielokrotnie doświadczyłem tego, że poznając nowe dokumenty i materiały historyczne musiałem zweryfikować swoje dotychczasową wiedzę i przyznać się do tego, że błądziłem. Nie jestem wszechwiedzący. Nie jestem historykiem, który kurczowo wierzy w to co wie. Nie przywiązuję się do tego co wiem, bo czasami trzeba się z dotychczasową wiedzą pożegnać. Brak przywiązania powoduje, że mniej boli taka zmiana.

Nie dam się pokroić za to co wiem dziś.
Jestem ciekawy jutra i nowych informacji.
Życie zaskakuje.
Nie żyję, by oddać życie dla dotychczasowej wiedzy.

"nim Bogu duszę dasz to najpierw stań i swą ideę dobrze sprawdź" - Georges Brassens

wtorek, 10 grudnia 2019

Po co ta polityka historyczna?

Wszystko co robimy, co mówimy jest falą, która wędruje w kosmos. Skoro umiemy wysyłać i odbierać za pomocą fal obrazy i muzykę to w przyszłości nauczymy się tworzyć takie odbiorniki, które wychwycą fale tego co robiliśmy i mówiliśmy. Odtworzymy zaginione utwory muzyczne wielkich mistrzów. Odtworzymy księgi, które spłonęły. Odtworzymy to co mówił Witkacy, Goethe, Hitler, św.Franciszek z Asyżu, Baal Szem Tow i Bolesław Chrobry. Odtworzymy też wydarzenia. Będziemy wiedzieć jak to było w czasie wojen krzyżowych, czy Luter przybił czy nie przybił na drzwiach kościoła swoje tezy, obejrzymy na wirtualnym ekranie ostatni lot generała Sikorskiego i śmierć Ludwika II Jagiellończyka w bitwie pod Mohaczem oraz kto podpalił stodołę w Jedwabnem. Wszystko stanie się prawdą. Wszystko stanie się jawne.
...no chyba, że mający władzę nad tymi urządzeniami zaanimują hologramem Stalina, Leonarda da Vinci czy Pana Wołodyjowskiego by mówili co będzie ważne dla realizacji ich polityki.

"Co to jest prawda?" - Poncjusz Piłat


niedziela, 15 września 2019

Przysłowia

Cierpienie na pewno nie uszlachetnia
A to co mnie nie zabije to mnie osłabi

...nie ma co się łudzić i okłamywać.